Ми з чоловіком живемо неподалік Варшави, у маленькій місцевості, разом із тринадцятирічною дочкою та дев’ятирічним сином. Вирішили, що дочка ходитиме на заняття з релігії в місцевій школі, а також у греко-католицькій церкві на Медовій у неділю. Від самого початку ми не приховували нашої національної, культурної та релігійної ідентичності. Так, нашу дочку у греко-католицькі свята звільняли з занять, вона прийняла першу сповідь і причастя в нашій парафії – для нас пріоритетом є виховання дітей у вірі й усвідомленні свого походження.
Дочка з повною довірою заявила в школі про своє українське походження. Проте під кінець другого класу стався інцидент. Під час футбольного матчу, у якому брали участь команди Польщі та України, діти з паралельного класу обзивали нашу дочку, били її по голові, прив’язували до штахет, залякували прийомами карате та намагалися втягнути до чоловічого туалету. Після нашого втручання школа викликала батьків зловмисників.
Другий інцидент відбувся пізніше. На заняттях з релігії катехитка попросила розповісти детальніше про греко-католицький обряд, а після занять однокласники почали обзивати греко-католиків «мавпами», забороняли дочці будь-що купувати в шкільній крамничці, наказуючи їй виїхати в Україну. Били по ногах, обкидали шишками. Дочка попросила про допомогу вчительку, проте та проіґнорувала її, кажучи, що не має часу. Другого дня зранку ми пішли до лікаря, щоб зняти побої: дівчинка мала численні синяки. До школи знову викликали батьків. Проте від директорки – вчительки історії – дочці довелося почути досить дивне висловлювання (цитую): «Греко-католики могли би бути більш толерантними щодо християн».
Коли друга наша дитина почала вчитися в тій самій школі, ми вирішили бути вірними нашій греко-католицькій вірі. Розклад занять сина був із т.зв. «віконцем», під час котрого син у світлиці почув, нібито він – «жид». Тому деякі учні з його класу, напевне, у запалі євангелізації, намагалися силоміць потягнути його на заняття з ксьондзом.
У другому класі, після першого причастя, син почув від хлопця з-за сусідньої парти, що він мріє розтрощити сокирою голову моєму синові. Коли після мого втручання вчителька відреаґувала на це й провела з тією дитиною бесіду, увесь клас вирішив ізолюватися від мого сина, дражнячи його й трактуючи зверхньо. Траплялися й інші, дрібніші інциденти, що викликали в сина безпідставне почуття вини й відчуження.
Я описала лише вибрані конфлікти, що мали зв’язок з вірою й походженням, причиною яких є брак усвідомлення й зухвалість учителів, батьків, а в результаті – і дітей. Усе це ми болісно відчули.
«Наше слово» №39, 26 вересня 2010 року
sobota, 30 października 2010
piątek, 29 października 2010
"Mamo, nie płacz. Niedługo będę w Niebie"
Bardzo wzruszający, ale i jednocześnie bardzo ważny temat o umieraniu dzieci. O nadzwyczajnie dojrzałym rozumieniu śmierci przez dzieci słyszałem już nie raz, i za każdym razem jestem pełen podziwu dla otwartości dzieci na to co jest tajemnicą i nie znanym. Czasami nawet mam wrażenie, że to my dorośli komplikujemy sobie sami czas odchodzenia, a dzieci to po prostu wiedzą i już. "Musicie stać się jak dzieci". To chyba trzeba dosłownie przyjmować. Polecam poniższy artykuł.
o. Paweł
"Mamo, nie płacz. Niedługo będę w Niebie" 2010-10-29 (16:06)
Wujek, my już się nie spotkamy. Już niedługo będę w Niebie. Tylko nie mów mamie, bo będzie jej przykro - o tym, czego uczą nas nieuleczalnie chore dzieci i jak rozumieją śmierć, rozmawiamy z ks. pallotynem Pawłem Dobrzyńskim z hospicjum dla dzieci „Promyczek” prowadzonym przez Fundację Anielska Przystań.
„Najczęściej świadomie odchodzą dzieci z nowotworami. Z jednym z takich chłopców dowcipkowaliśmy prawie do końca. W pewnym momencie ten maluch był już zmęczony, bo nadchodził koniec. Ale on wciąż się śmiał”, opowiada dr Marek Karwacki w książce "Weź, pokochaj smoka. Rzecz o umieraniu dzieci". Dzieci mają świadomość, czym jest śmierć?
- Jest różnica w umieraniu między dziećmi onkologicznymi, prawie do końca zachowującymi świadomość, a tymi, które mają zaburzenia neurologiczne czy wady genetyczne uniemożliwiające prawidłowe funkcjonowanie mózgu. W dużym stopniu od stanu zdrowia dziecka zależy, jak przygotuje się na odejście. Pamiętam 14-latka, który z detalami zaplanował, jak będzie wyglądał jego pogrzeb. Chciał, żeby mama miała niebieską bluzkę i nie płakała. Inna dziewczynka poszła o krok dalej, planując nawet strój w jakim będzie leżała w trumnie. Goście byli ubrani na biało, każdy trzymał w ręce różę, którą pod koniec ceremonii pogrzebowej rzucał na trumnę.
- Jest różnica w umieraniu między dziećmi onkologicznymi, prawie do końca zachowującymi świadomość, a tymi, które mają zaburzenia neurologiczne czy wady genetyczne uniemożliwiające prawidłowe funkcjonowanie mózgu. W dużym stopniu od stanu zdrowia dziecka zależy, jak przygotuje się na odejście. Pamiętam 14-latka, który z detalami zaplanował, jak będzie wyglądał jego pogrzeb. Chciał, żeby mama miała niebieską bluzkę i nie płakała. Inna dziewczynka poszła o krok dalej, planując nawet strój w jakim będzie leżała w trumnie. Goście byli ubrani na biało, każdy trzymał w ręce różę, którą pod koniec ceremonii pogrzebowej rzucał na trumnę.
Skąd w tych dzieciach potrzeba tak drobiazgowego planowania?
- Z ogromnej świadomości tego, że odchodzą. Poddają swoje życie analizie, kończą stare sprawy – godzą się na przykład z rodzeństwem, z którym byli w konflikcie – i planują, co dalej. Dla nich jest bardzo ważne, że mogą decydować, jak będzie wyglądał pogrzeb. W ten sposób przygotowują na moment odejścia nie tylko siebie, ale i rodziców.
Nieuleczalnie chore dzieci szybciej rozwijają się duchowo i intelektualnie. Widzą, kiedy ich stan się pogarsza. Że wcześniej były siły, biegali, skakali, a teraz nie są w stanie nawet podnieść się z łóżka. Na oddziałach onkologicznych w szpitalu dzieci otwarcie rozmawiają ze sobą o chorobach i to zwykle wtedy, gdy nie ma przy nich rodziców. A kiedy w ciągu dnia jest nagle akcja „Sprzątamy korytarz” – przykrywka często stosowana przez personel szpitalny, żeby inne dzieci nie widziały, że z sali wywożone jest zmarłe dziecko – to doskonale zdają sobie sprawę, że któreś z nich nie żyje. Nieraz słyszę: „O, wujek, zobacz, znów o jednego z nas mniej”.
- Z ogromnej świadomości tego, że odchodzą. Poddają swoje życie analizie, kończą stare sprawy – godzą się na przykład z rodzeństwem, z którym byli w konflikcie – i planują, co dalej. Dla nich jest bardzo ważne, że mogą decydować, jak będzie wyglądał pogrzeb. W ten sposób przygotowują na moment odejścia nie tylko siebie, ale i rodziców.
Nieuleczalnie chore dzieci szybciej rozwijają się duchowo i intelektualnie. Widzą, kiedy ich stan się pogarsza. Że wcześniej były siły, biegali, skakali, a teraz nie są w stanie nawet podnieść się z łóżka. Na oddziałach onkologicznych w szpitalu dzieci otwarcie rozmawiają ze sobą o chorobach i to zwykle wtedy, gdy nie ma przy nich rodziców. A kiedy w ciągu dnia jest nagle akcja „Sprzątamy korytarz” – przykrywka często stosowana przez personel szpitalny, żeby inne dzieci nie widziały, że z sali wywożone jest zmarłe dziecko – to doskonale zdają sobie sprawę, że któreś z nich nie żyje. Nieraz słyszę: „O, wujek, zobacz, znów o jednego z nas mniej”.
Traktują śmierć jak każdy inny temat?
- Tak naprawdę rzadko w sposób bezpośredni rozmawia się z dziećmi o śmierci. Dzieci mówią o niej na swój sposób, sporządzając prywatny testament. Nie taki jak dorośli, którzy spisują swoją ostatnią wolę. Tylko pokazują, że umierają, rozdając rzeczy, które są im szczególnie bliskie. Pamiętam dziewczynkę, która marzyła o tym, by dostać dużą lalkę pod choinkę. Rodzice spełnili jej marzenie, ale ona drugiego dnia świąt oddała zabawkę koleżance. Powiedziała jej: „Masz, ta lalka nie będzie mi już nigdy potrzebna”. Wkrótce potem zmarła.
Inną 6-letnią dziewczynkę zaprosiłem kiedyś na modlitwę uzdrowienia. Przyjechała do mnie aż z Olsztyna. Przed powrotem do domu złapała mnie mocno za szyję i przytuliła. Powiedziałem jej, żeby się nie martwiła, bo niedługo do niej przyjadę. Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Wujek, my się już nie spotkamy. Już niedługo będę w Niebie. Tylko nie mów mamie, bo będzie jej przykro”. Te dzieci doskonale wiedzą, że odejdą, i wyczuwają moment, w którym to się stanie.
- Tak naprawdę rzadko w sposób bezpośredni rozmawia się z dziećmi o śmierci. Dzieci mówią o niej na swój sposób, sporządzając prywatny testament. Nie taki jak dorośli, którzy spisują swoją ostatnią wolę. Tylko pokazują, że umierają, rozdając rzeczy, które są im szczególnie bliskie. Pamiętam dziewczynkę, która marzyła o tym, by dostać dużą lalkę pod choinkę. Rodzice spełnili jej marzenie, ale ona drugiego dnia świąt oddała zabawkę koleżance. Powiedziała jej: „Masz, ta lalka nie będzie mi już nigdy potrzebna”. Wkrótce potem zmarła.
Inną 6-letnią dziewczynkę zaprosiłem kiedyś na modlitwę uzdrowienia. Przyjechała do mnie aż z Olsztyna. Przed powrotem do domu złapała mnie mocno za szyję i przytuliła. Powiedziałem jej, żeby się nie martwiła, bo niedługo do niej przyjadę. Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Wujek, my się już nie spotkamy. Już niedługo będę w Niebie. Tylko nie mów mamie, bo będzie jej przykro”. Te dzieci doskonale wiedzą, że odejdą, i wyczuwają moment, w którym to się stanie.
Jak przygotowujecie je do odejścia? Uspokajacie, mówiąc o aniołkach i Niebie?
- To one same o nich mówią. Nieraz przychodzą z prośbą: „Mamo, powiedz mi trochę o Niebie”. Albo rysują rodzinę i siebie malują już jako aniołka. I proszę mi wierzyć, że robią tak już nawet bardzo małe dzieci, trzy- czy czteroletnie. Być może wiąże się to trochę z naszą kulturą. Tym, że obchodzimy Wszystkich Świętych i kiedy przy grobach dziecko pyta rodziców „Gdzie oni są?”, mając na myśli zmarłych, zwykle słyszy odpowiedź: „W Niebie, wśród aniołków”. To wszystko gdzieś w tych dzieciach potem zostaje.
- To one same o nich mówią. Nieraz przychodzą z prośbą: „Mamo, powiedz mi trochę o Niebie”. Albo rysują rodzinę i siebie malują już jako aniołka. I proszę mi wierzyć, że robią tak już nawet bardzo małe dzieci, trzy- czy czteroletnie. Być może wiąże się to trochę z naszą kulturą. Tym, że obchodzimy Wszystkich Świętych i kiedy przy grobach dziecko pyta rodziców „Gdzie oni są?”, mając na myśli zmarłych, zwykle słyszy odpowiedź: „W Niebie, wśród aniołków”. To wszystko gdzieś w tych dzieciach potem zostaje.
„Mieliśmy trzyipółletniego chłopca, który bardzo mądrze rozmawiał z matką o śmierci. Płakał, ale nie dlatego, że umiera, tylko dlatego, że mama będzie płakała”, opowiadał dr Januszaniec w „Pokochaj smoka”.
- Faktycznie większość umierających dzieci bardziej troszczy się o rodziców niż o siebie. Nieraz martwią się, pytają: „Mamo, a czy tam, w Niebie, my się rozpoznamy? Bo przecież ja już będę wtedy starsza, ty też”. Jednak nigdy nie spotkałem się z sytuacją, w której dziecko umierało w krzyku, ostatkiem sił broniąc się przed śmiercią. Przeważnie odchodzą w spokoju, są pogodzone ze sobą i światem. Natomiast często obserwuję – i to zarówno w przypadku maluchów, jak i starszych dzieci – jak bardzo troszczą się o swoich rodziców. Pytają: „Mamo, tato, czy poradzicie sobie, kiedy mnie nie będzie? Obiecajcie, że nie będziecie płakać”.
Pamiętam 16-latka, którego samotnie wychowywała mama. Chłopiec miał jeszcze troje młodszego rodzeństwa. Brakowało w domu ojca, więc przed rozpoznaniem choroby chłopiec przejmował obowiązki głowy domu. To poczucie odpowiedzialności za rodzinę było w nim tak silne, że kiedy umierał, nie martwił się tym, że odchodzi, ale co stanie się z jego rodziną. I czy mama poradzi sobie bez jego pomocy. Takie sytuacje zdarzają się dość często.
- Faktycznie większość umierających dzieci bardziej troszczy się o rodziców niż o siebie. Nieraz martwią się, pytają: „Mamo, a czy tam, w Niebie, my się rozpoznamy? Bo przecież ja już będę wtedy starsza, ty też”. Jednak nigdy nie spotkałem się z sytuacją, w której dziecko umierało w krzyku, ostatkiem sił broniąc się przed śmiercią. Przeważnie odchodzą w spokoju, są pogodzone ze sobą i światem. Natomiast często obserwuję – i to zarówno w przypadku maluchów, jak i starszych dzieci – jak bardzo troszczą się o swoich rodziców. Pytają: „Mamo, tato, czy poradzicie sobie, kiedy mnie nie będzie? Obiecajcie, że nie będziecie płakać”.
Pamiętam 16-latka, którego samotnie wychowywała mama. Chłopiec miał jeszcze troje młodszego rodzeństwa. Brakowało w domu ojca, więc przed rozpoznaniem choroby chłopiec przejmował obowiązki głowy domu. To poczucie odpowiedzialności za rodzinę było w nim tak silne, że kiedy umierał, nie martwił się tym, że odchodzi, ale co stanie się z jego rodziną. I czy mama poradzi sobie bez jego pomocy. Takie sytuacje zdarzają się dość często.
Dzieci nieuleczalnie chore są więc bardziej dorosłe od samych dorosłych?
- Coś takiego. Doskonale pamiętam ośmioletnią dziewczynkę, która kiedy umierała, powiedziała mamie: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Tylko trzeba mocno wierzyć w Pana Jezusa”. Niestety rodzice nie zawsze potrafią rozmawiać z dzieckiem o śmierci. Nawet jeśli całymi dniami wspólnie przebywają w domu, poruszają wyłącznie bieżące sprawy – jak praca, obiad – nie otwierając się na poważne tematy. To sprawia, że lęk, wątpliwości, żal czy poczucie straty tłumione są zarówno przez rodziców, jak i dziecko. Staram się zawsze pomóc stworzyć tę nić komunikacji, żeby nie było tematów tabu. Dzięki temu dziecko nie umiera w emocjonalnym osamotnieniu i ma szansę podzielić się z rodzicami tym, co czuje.
- Coś takiego. Doskonale pamiętam ośmioletnią dziewczynkę, która kiedy umierała, powiedziała mamie: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Tylko trzeba mocno wierzyć w Pana Jezusa”. Niestety rodzice nie zawsze potrafią rozmawiać z dzieckiem o śmierci. Nawet jeśli całymi dniami wspólnie przebywają w domu, poruszają wyłącznie bieżące sprawy – jak praca, obiad – nie otwierając się na poważne tematy. To sprawia, że lęk, wątpliwości, żal czy poczucie straty tłumione są zarówno przez rodziców, jak i dziecko. Staram się zawsze pomóc stworzyć tę nić komunikacji, żeby nie było tematów tabu. Dzięki temu dziecko nie umiera w emocjonalnym osamotnieniu i ma szansę podzielić się z rodzicami tym, co czuje.
Jeśli ta nić porozumienia jest, to dziecko zawsze zwraca się ze swoimi obawami czy wątpliwościami do rodziców?
- Niekoniecznie. Ono jest trochę ordynatorem na oddziale i samo wybiera sobie osobę, z którą chciałoby porozmawiać. Nieraz jest to bliski kolega czy rodzeństwo. Powtarzam rodzicom, żeby w takich momentach nie czuli się niedowartościowani i odsunięci na boczny tor. I żeby uszanowali decyzję dziecka.
- Niekoniecznie. Ono jest trochę ordynatorem na oddziale i samo wybiera sobie osobę, z którą chciałoby porozmawiać. Nieraz jest to bliski kolega czy rodzeństwo. Powtarzam rodzicom, żeby w takich momentach nie czuli się niedowartościowani i odsunięci na boczny tor. I żeby uszanowali decyzję dziecka.
Jednak dzieci podskórnie wiedzą, jak bardzo rodzicom jest ciężko.
- Te dwie strony zawsze się uzupełniają. Bo kiedy dziecko widzi, że rodzice sobie emocjonalnie nie radzą, samo staje się odważniejsze. Jakby chciało ratować sytuację. W chwili jednak kiedy umiera, to rodzice stają na wysokości zadania, mobilizują siły i są przy dziecku. Pamiętam mamę, która powiedziała, że nie chce, żeby ktokolwiek z hospicjum przyjeżdżał jak będzie umierał jej dwuletni synek. Wspólnie z mężem chciała położyć się na łóżku przy dziecku i zawołać hospicjum dopiero wtedy, gdy umrze. Tak też zrobiła.
- Te dwie strony zawsze się uzupełniają. Bo kiedy dziecko widzi, że rodzice sobie emocjonalnie nie radzą, samo staje się odważniejsze. Jakby chciało ratować sytuację. W chwili jednak kiedy umiera, to rodzice stają na wysokości zadania, mobilizują siły i są przy dziecku. Pamiętam mamę, która powiedziała, że nie chce, żeby ktokolwiek z hospicjum przyjeżdżał jak będzie umierał jej dwuletni synek. Wspólnie z mężem chciała położyć się na łóżku przy dziecku i zawołać hospicjum dopiero wtedy, gdy umrze. Tak też zrobiła.
Wszyscy rodzice są przygotowani na to, by towarzyszyć dziecku w chwili, kiedy przyjdzie je pożegnać?
- To zależy. Pamiętam dziewczynkę, która umierała w swoim pokoju w obecności całej rodziny. Włączyli jej ulubioną bajkę, śpiewali kołysankę, mama brała na ręce i tuliła. Do poręczy łóżka przywiązany był jej ukochany balonik. Ta dziewczynka była świadoma wszystkiego, co się wokół niej działo. Słyszała najbliższych, widziała ich, choć oczy miała zamknięte. Na chwilę przed śmiercią otworzyła je i spojrzała na rodzinę. Zaraz potem zmarła.
Pamiętam też rodziców, którzy nie pozwalali odejść swojemu dziecku, kazali do końca walczyć. Powtarzali córce, że jest ich jedynym dzieckiem i nie może odejść. Obserwowałem, jak to dziecko mobilizuje wszystkie swoje siły, by żyć i spełnić oczekiwania rodziców. Widziałem, ile kosztuje je to cierpienia i energii. Poprosiłem więc rodziców, żeby pozwolili swojej córce odejść. Powiedzieli: „Paulinko, bardzo cię kochamy. Ale jeśli sama tego chcesz, pozwalamy ci odejść”. Niedługo potem dziewczynka zmarła. Ale zdarzały się sytuacje, że dziecko było szarpane na łóżku. Mama krzyczała, darła piżamkę dziecka, nikt nie wiedział, co się dzieje. To pokazywało kompletne nieprzygotowanie rodziców do tego, by pożegnać się z dzieckiem, które umiera.
- To zależy. Pamiętam dziewczynkę, która umierała w swoim pokoju w obecności całej rodziny. Włączyli jej ulubioną bajkę, śpiewali kołysankę, mama brała na ręce i tuliła. Do poręczy łóżka przywiązany był jej ukochany balonik. Ta dziewczynka była świadoma wszystkiego, co się wokół niej działo. Słyszała najbliższych, widziała ich, choć oczy miała zamknięte. Na chwilę przed śmiercią otworzyła je i spojrzała na rodzinę. Zaraz potem zmarła.
Pamiętam też rodziców, którzy nie pozwalali odejść swojemu dziecku, kazali do końca walczyć. Powtarzali córce, że jest ich jedynym dzieckiem i nie może odejść. Obserwowałem, jak to dziecko mobilizuje wszystkie swoje siły, by żyć i spełnić oczekiwania rodziców. Widziałem, ile kosztuje je to cierpienia i energii. Poprosiłem więc rodziców, żeby pozwolili swojej córce odejść. Powiedzieli: „Paulinko, bardzo cię kochamy. Ale jeśli sama tego chcesz, pozwalamy ci odejść”. Niedługo potem dziewczynka zmarła. Ale zdarzały się sytuacje, że dziecko było szarpane na łóżku. Mama krzyczała, darła piżamkę dziecka, nikt nie wiedział, co się dzieje. To pokazywało kompletne nieprzygotowanie rodziców do tego, by pożegnać się z dzieckiem, które umiera.
Rodzice mają też żal do siebie?
- Nieraz tak. Prowadzę grupy wsparcia dla rodziców zmarłych dzieci. I czasem słyszę od nich, że nie rozmawiali z dzieckiem o śmierci lub że w chwili kiedy umierało, powiedzieli na głos: „Umiera”. Więc gdy jedni żałują, że nie rozmawiali, drudzy nie mogą pogodzić się z tym, że powiedzieli za dużo. Niektórzy uważają, że mogli zrobić coś więcej, że coś przeoczali i dlatego ich dziecko zmarło a inni, że zrobili za dużo i mogli wcześniej zabrać dziecko do domu, by nacieszyło się rodziną, swoim pokojem i zabawkami.
- Nieraz tak. Prowadzę grupy wsparcia dla rodziców zmarłych dzieci. I czasem słyszę od nich, że nie rozmawiali z dzieckiem o śmierci lub że w chwili kiedy umierało, powiedzieli na głos: „Umiera”. Więc gdy jedni żałują, że nie rozmawiali, drudzy nie mogą pogodzić się z tym, że powiedzieli za dużo. Niektórzy uważają, że mogli zrobić coś więcej, że coś przeoczali i dlatego ich dziecko zmarło a inni, że zrobili za dużo i mogli wcześniej zabrać dziecko do domu, by nacieszyło się rodziną, swoim pokojem i zabawkami.
Osobom wierzącym łatwiej przygotować się na śmierć dziecka?
- Nie zawsze tak jest. Czasem łatwiej im zaakceptować tę sytuację, ale tylko dlatego, że głęboko wierzą, że spotkają się ze swoim dzieckiem po śmierci. Ale ogólnie oceniając, to wcale nie jest im łatwiej. Mają ogromny żal, często pretensję do Pana Boga o to, co się stało. Nieraz pytają: „Panie Boże, dlaczego zabierasz nam nasze jedyne dziecko?”. Więc ten bunt i żal również występuje u osób wierzących. Często kierowany jest on w odwecie na Boga czy lekarzy, że czegoś nie dopatrzyli. Albo na samych siebie, że coś przeoczyli.
- Nie zawsze tak jest. Czasem łatwiej im zaakceptować tę sytuację, ale tylko dlatego, że głęboko wierzą, że spotkają się ze swoim dzieckiem po śmierci. Ale ogólnie oceniając, to wcale nie jest im łatwiej. Mają ogromny żal, często pretensję do Pana Boga o to, co się stało. Nieraz pytają: „Panie Boże, dlaczego zabierasz nam nasze jedyne dziecko?”. Więc ten bunt i żal również występuje u osób wierzących. Często kierowany jest on w odwecie na Boga czy lekarzy, że czegoś nie dopatrzyli. Albo na samych siebie, że coś przeoczyli.
Może dzieciom jest łatwiej?
Pamiętam dziewczynę, która poprosiła kogoś z rodziny, by dzień po tym jak umrze, wysłała sms-a do wszystkich przyjaciół. Brzmiał tak: „Dziękuję wam za wszystko. Jesteście aniołami. Już wiem, jak tam jest. Jestem po tamtej. I powiem wam, że Pan Bóg jest wspaniały. Do zobaczenia, po tamtej stronie ”.
Rozmawiała Anna Kalocińska, Wirtualna Polska
Domowe Hospicjum Dziecięce „Promyczek” prowadzone przez Fundację Anielska Przystań prosi o wsparcie, by mogło przyjmować więcej dzieci i otoczyć je jak najlepszą opieką.
Fundacja Anielska Przystań – NZOZ Domowe Hospicjum Dziecięce „Promyczek”: ul. Żeromskiego 6; 05-400 Otwock; KRS 0000336442; NIP113-2777- 973; Regon 142009873; konto 34-1240-1037-1111-0010-2851-5903 (wp.pl)
Pamiętam dziewczynę, która poprosiła kogoś z rodziny, by dzień po tym jak umrze, wysłała sms-a do wszystkich przyjaciół. Brzmiał tak: „Dziękuję wam za wszystko. Jesteście aniołami. Już wiem, jak tam jest. Jestem po tamtej. I powiem wam, że Pan Bóg jest wspaniały. Do zobaczenia, po tamtej stronie ”.
Rozmawiała Anna Kalocińska, Wirtualna Polska
Domowe Hospicjum Dziecięce „Promyczek” prowadzone przez Fundację Anielska Przystań prosi o wsparcie, by mogło przyjmować więcej dzieci i otoczyć je jak najlepszą opieką.
Fundacja Anielska Przystań – NZOZ Domowe Hospicjum Dziecięce „Promyczek”: ul. Żeromskiego 6; 05-400 Otwock; KRS 0000336442; NIP113-2777- 973; Regon 142009873; konto 34-1240-1037-1111-0010-2851-5903 (wp.pl)
niedziela, 24 października 2010
Abp Jan Martyniak: Nie mówi się o ciemnej stronie in vitro
„Kto dał człowiekowi prawo ustalać kiedy zaczyna się życie? Przecież nikt rozsądny nie powie, że dzień przed urodzeniem to jeszcze nie jest człowiek” – mówi w rozmowie z KAI arcybiskup Jan Martyniak. Zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego w Polsce podkreśla, że głos biskupów jest przypomnieniem niezmiennej nauki, której powinni strzec wszyscy chrześcijanie.
Oto pełna treść rozmowy z abp. Janem Martyniakiem:KAI: Przed kilkoma dniami najważniejsi politycy w Polsce otrzymali list podpisany przez arcybiskupów Józefa Michalika i Henryka Hosera oraz biskupa Kazimierza Górnego, w którym przestrzegają, że in vitro jest nie do pogodzenia z Dekalogiem. W tej sytuacji, jak i wielu innych, gdy biskupi zabierają głos w sprawach społecznych słyszymy opinie, że wypowiedzi przedstawicieli Kościoła za bardzo ingerują w życie polityczne.
– To jest sztuczna nagonka. Każdy ma obowiązek stanąć i powiedzieć: człowieku nie rób tego, bo to jest niemoralne, nie zabijaj. Trzeba tę sprawę jasno przedstawić. Uderza się w Kościół, a Kościołem jesteśmy wszyscy. Uderza się w biskupów, że się wtrącają, decydują. A biskupi nie decydują, biskupi się nie wtrącają, tylko przypominają niezmienną naukę, przypominają Boże przykazania, naukę moralności, godności człowieka i życia ludzkiego. To jest przypomnienie. A katolicy? Niech będą konsekwentni, inaczej będzie moralna schizofrenia – jestem katolikiem, a żyję i postępuję tak jak mi odpowiada. Świeccy należą do tego samego grona katolików co biskupi i kapłani.
Stanowisko Kościoła jest znane. Nie jest to z resztą tylko stanowisko Kościoła, ale przecież jest to prawo naturalne, prawo Boże. Od tysięcy lat istnieje przykazanie „Nie zabijaj”. Ono jest fundamentem wszystkich praw i prawa stanowione nie powinny się w żadnej mierze sprzeciwiać Dekalogowi.
KAI: Zwolennicy zapłodnienia pozaustrojowego argumentują, że jest to szansa dla małżeństw, które nie mogą mieć dzieci, że jest to leczenie niepłodności.
– Nie, tego nie można tak ujmować. Wszystkie dokumenty Kościoła, ale i biomedyczne mówią, że to nie jest leczenie. To jest fabryka nowego życia. Człowiek wchodzi w kompetencje Pana Boga i zastępuje go w prokreacji. To jest niegodne.
To jest rzecz w tej dyskusji niepokojąca. Mówi się o tragedii matek, o chęci posiadania dziecka, o radości. To się podkreśla w wielu dyskusjach. Całkiem słusznie, ale unika się mówienia o tej drugiej, ciemnej stronie. Jedno życie się pielęgnuje, przyjmuje, a następne niszczy. I o tym się milczy. Podkreśla się, że to jest dobre, że jest potrzebne. A nie widzi się tej sprawy jaką jest niszczenie życia od samego początku. Z resztą kto komu dał prawo ustalać kiedy zaczyna się życie? Przecież nikt rozsądny nie powie, że dzień przed urodzeniem to jeszcze nie jest człowiek. Cofajmy się do samego początku – kto ma to ustalić? Sąd? Czy to 12 tygodni czy pół roku? To absurd. Absurd nie tylko biologiczny, ale absurd ludzkiego myślenia.
KAI: Czy zdaniem Ekscelencji obecne prace parlamentarne przyczynią się do uporządkowania prawa i spornych kwestii w sprawie in vitro? Dzień, w którym odbyły się pierwsze czytania projektów ustaw zaznaczył się niską frekwencją w Sejmie.
– No właśnie. A później jak będzie głosowanie przyjdą i zagłosują, teraz ich nie ma, bo ich to nie interesuje. Podobnie było z ustawą o aborcji. Też posłów nie było, a potem zagłosowali tak jak zagłosowali. I to powinno dziwić - wielu mówi, że są katolikami, a popierali aborcję. Wahają się, żeby się nie narazić ludzkim względom, a trzeba uważać i zawsze myśleć co Pan Bóg powie.
KAI: Posłowie są podzieleni nawet wewnątrz klubów, PO przygotowało dwa różne projekty uchwał. Partie zapowiadają, że nie będzie dyscypliny wewnętrznej podczas głosowania.
– Kto się czuje katolikiem powinien znać naukę Kościoła katolickiego. Przede wszystkim katechizm ze szkoły. Ale podstawą jest rodzina. A rodzina jest dzisiaj w kryzysie, to widzimy i owoce tego zbieramy.
KAI: Czy adopcja jest w tej sytuacji alternatywą?
– Wiele dzieci czeka na miłość, na rodziny. To są dzieci ludzkości, dzieci całego społeczeństwa i trzeba patrzeć na nie z większą miłością i dać im tę miłość, dać szansę rozwoju. Czy trzeba więc naruszać zasady etyczne i biologiczne?
Dziwi mnie jedna rzecz: są prawa, które karzą za przyczynienie się do poronienia u zwierząt lub zniszczenia gniazda piskląt. Ujmują zatem, że to jest życie zwierzęcia, a unika się w dyskusji mówienia, że człowiekiem też się jest od początku. To jest jakieś pomieszanie.
Rozmawiał Paweł Bugira
ekai
sobota, 23 października 2010
Komentarz do artykułu Kościół, a ochrona życia poczętego.
Poproszono mnie o skomentowanie Artykułu, który znajduje się pod tym linkiem http://czas-dla-siebie.blog.onet.pl/Kosciol-a-ochrona-zycia-poczet,2,ID416018824,n Kościół, a ochrona życia poczętego. Nikt nie ma prawa odmówić pochówku dziecku nienarodzonemu, które zmarło w wyniku poronienia. O ile jestem jeszcze kapłanem z "małym stażem", skonsultowałem tę kwestię z innymi. Odpowiedź była jednoznaczna, pogrzeb ma się odbyć i każdy jeden z moich rozmówców taki pogrzeb by przeprowadził bez najmniejszych wahań. Jeżeli ktoś spotkał się z inną sytuacją to jest mi przykro, że moi współbracia w kapłaństwie czynią inaczej, jak naucza Kościół.
Damian po operacji
22 października w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach pan dr Jerzy Luszawski specjalizujący się w dziedzinie porażenia splotu ramiennego przeprowadził operację rączki Damiana. Zabieg rozpoczął się o godzinie 8 rano 22 października, zakończył się o 1 w nocy 23 października. Zespół lekarski bez przerwy pracował 17 godzin. W czasie zabiegu pobrano Damianowi nerwy z łydek, aby je wszczepić przy kręgosłupie. Zrobiono wszystko co było w ludzkiej możliwości do zrobienia. Czas trwania operacji wskazuje na złożoność uszkodzenia oraz trudności, jakie pojawiły się w wykonaniu zabiegu. W swoim imieniu o raz imieniu Damiana, rodziców dziękuję wszystkim, kto wspierał nas modlitwą i pamięta o Damianie. Teraz przed nami trudny czas oczekiwania na reakcję małego organizmu Damianka. Mamy nadzieję, że wszystko dobrze się zagoi i Damian będzie mógł sprawnie korzystać ze swoich obydwu rączek.
środa, 20 października 2010
BLOG ARKAN
W sieci pojawił się blog Zespołu tanecznego ARKAN z Przemyśla. Blog ma za zadanie informować o "poczynaniach" tańczącej młodzieży z Przemyskiej Szaszkewycziwky. Jest jeszcze w trakcie rozbudowy, ale mamy nadzieję, że niebawem wiele ciekawych informacji o zespole będzie dostępnych.
Zapraszamy do odwiedzin
Adres Bloga: http://naszarkan.blogspot.com/
Zapraszamy do odwiedzin
Adres Bloga: http://naszarkan.blogspot.com/
Владика Йосиф (Мілян): Наша Церква не дозволяє священикам балотуватись до державних органів влади усіх рівнів

Про це під час прес-конференції у Києві повідомив Владика Йосиф (Мілян), Єпископ-помічник Київської архиєпархії УГКЦ. При цьому він пригадав присутнім, що відповідне рішення щодо цього питання було прийнято Синодом ще у 2004 році. Про можливість участі священиків у виборчому процесі говорить Постанова №7 Двадцять третьої сесії Синоду Єпископів Києво-Галицької Митрополії Української Греко-Католицької Церкви, що відбулась у Яремче, 8-9 червня 2004 року.
«Я можу сказати, чому наші священики не йдуть на вибори, − зазначив Владика Йосиф. – Сьогодні виборчий процесс – це партії. У такому випадку священик стає на бік певної партії. А це може призвести до роз'єднання у парафії».
Водночас, на думку Владики Йосифа, священики не беруть безпосередньо участі у передвиборних акціях, коли супроводжують молитвою певні зібрання, на яких присутні вірні їхньої Церкви: «Відмовляти від того, щоб супроводжувати молитвою, не випадає, бо серед цих людей є християни, а молитися – це одне з головних завдань душпастиря», − сказав Єпископ-помічник Київської архиєпархії.
У прес-конференції «Для чого священнослужителі йдуть на вибори?», що відбулася 19 жовтня в інформаційно-аналітичній агенції «Главком», також взяли участь протоієрей Григорій Коваленко, Голова Синодального Інформаційно-просвітницького відділу Української Православної Церкви у єдності з Московським Патріархатом, та доктор богослов'я, професор Київської богословської академії Української Православної Церкви Київського Патріархату п. Дмитро Степовик.
Департамент інформації УГКЦ
wtorek, 19 października 2010
Ukraina: prawosławno-katolicki dwugłos o wyborach
Ukraińscy popi szykują się do zapowiedzianych na 31 października wyborów samorządowych. Na listach wyborczych znaleźli się duchowni dwóch największych Cerkwi prawosławnych w tym kraju: związanej z patriarchatem moskiewskim i od niego niezależnej, czyli patriarchatu kijowskiego. Krąg władzy to ekskluzywny klub, który rozstrzyga wiele istotnych kwestii. Dlatego obecność duchownych jest tam niezbędna, aby liczono się z opinią Kościoła – tłumaczy rzecznik prasowy Cerkwi patriarchatu moskiewskiego, ks. Heorhij Kowalenko.
Przeciwnego zdania jest natomiast ukraiński Kościół greckokatolicki. Jego zwierzchnik, kard. Lubomyr Huzar, przestrzegł ostatnio przed instrumentalnym wykorzystywaniem Kościoła przez polityków. Przypomniał on, że duchowni nie tylko nie mogą startować w wyborach, ale nie powinni też udzielać poparcia żadnej partii politycznej. Kapłan powinien służyć całej społeczności, członkom różnych ugrupowań – podkreślił kard. Huzar. Ostrzegł również przed politykami, którzy na czas kampanii wyborczej zbliżają się do Kościoła, świadomi, że jest on instytucją, która obecnie cieszy się na Ukrainie największym zaufaniem społecznym.
kb/ rv, risu
Radio Watykańskie
Przeciwnego zdania jest natomiast ukraiński Kościół greckokatolicki. Jego zwierzchnik, kard. Lubomyr Huzar, przestrzegł ostatnio przed instrumentalnym wykorzystywaniem Kościoła przez polityków. Przypomniał on, że duchowni nie tylko nie mogą startować w wyborach, ale nie powinni też udzielać poparcia żadnej partii politycznej. Kapłan powinien służyć całej społeczności, członkom różnych ugrupowań – podkreślił kard. Huzar. Ostrzegł również przed politykami, którzy na czas kampanii wyborczej zbliżają się do Kościoła, świadomi, że jest on instytucją, która obecnie cieszy się na Ukrainie największym zaufaniem społecznym.
kb/ rv, risu
Radio Watykańskie
poniedziałek, 18 października 2010
Diabeł na plecach
W nawiązaniu do poprzedniego posta i artykułu Bitwa o księdza. Jak trudno jest mówić o modlitwie. Dzisiejszy dzień katechezy był bardzo ciekawy właśnie pod kątem obecności siedzenia diabła na plecach. Planowałem dzisiaj przeprowadzić katechezę o modlitwie Jezusowej. Bardzo opornie szło. W kontekście prowadzonych katechez, gdy mówię o sprawach "ludzkich" to jakoś uważniej młodzież słucha, a gdy zaczynam o Bogu i konkretnie o modlitwie, to idzie jak po bruździe. Jednego razu usłyszałem stwierdzenie, że jak ksiądz mówi o ludzkich sprawach to jest jakoś ciekawie, a jak o Bogu to już nudnie.
Jak mówić o Bogu nienudnie? Czy się da?
Biorąc pod uwagę moje krótkie doświadczenie pracy duszpasterskiej, to tylko autentyczne świadectwo, jakie daje każdy chrześcijanin, kapłan, siostra zakonna, można mówić o Bogu nienudnie. Wtedy dopiero Bóg staje się atrakcyjny, ciekawy, pociągający. Zawsze należy pamiętać, że diabeł siedzi na plecach i księdza i każdego, kto chce się przybliżyć do Boga.
o. Paweł
Jak mówić o Bogu nienudnie? Czy się da?
Biorąc pod uwagę moje krótkie doświadczenie pracy duszpasterskiej, to tylko autentyczne świadectwo, jakie daje każdy chrześcijanin, kapłan, siostra zakonna, można mówić o Bogu nienudnie. Wtedy dopiero Bóg staje się atrakcyjny, ciekawy, pociągający. Zawsze należy pamiętać, że diabeł siedzi na plecach i księdza i każdego, kto chce się przybliżyć do Boga.
o. Paweł
niedziela, 17 października 2010
Mało piszący ksiądz :)
Może sam i mało piszę na moim blogu, powinienem więcej. Żałuję, że nie jestem aż tak twórczy. Jednak czasami coś wyszukam ciekawego w sieci i tym dzielę się. Współpraca - jeżeli tak można nazwać czytanie portalu - z http://www.kaplani.com.pl/mysli/index.html bywa owocna. :)Polecam artykuł BITWA O KSIĘDZA. Uświadamia kilka ciekawostek o nas kapłanach Chrystusowych, ale i dla mnie jest cennym spostrzeżeniem. Diabeł siedzi na plecach i co z nim zrobić?
Ks. Andrzej Przybylski
BITWA O KSIĘDZA
Na naszym dawnym budynku seminarium w Krakowie Xawery Dunikowski wyrzeźbił postać kleryka lub młodego księdza z diabłem na plecach. Zapewne chciał, żebyśmy na zawsze pamiętali, że plecy księdza to szczególny cel szatańskich ataków. Stąd pewnie powołanie i dar kapłaństwa staje się dla nas wielką duchową walką.Jako człowiek wybrany do udziału w jedynie świętym kapłaństwie Chrystusa muszę dużo pracować, żeby nie ulec pokusie, żeby nie zdezerterować lub nie okazać się niewiernym.
bitwa_o_ksiedza
Może dobrze byłoby gdyby i świeccy mieli świadomość tych diabelskich ataków na księdza. Z jednej strony po to, żeby zrozumieć, ile kosztuje tego zwykłego człowieka walka o dorastanie do godnego noszenia boskiego daru powołania. Z drugiej strony, żeby mieć świadomość, że od wieków w świecie rozgrywa się również bitwa o księdza. Każdy kapłan powołany jest do tego, żeby stać się narzędziem przepływu Bożej łaski na ludzi i cały świat.
Diabeł wie, że jeśli zabrudzi kapłana to sprawi, że zabrudzą się wody z boskiego źródła łaski. Z tego powodu uruchamia on całą machinę antyklerykalnych działań. A ponieważ nosimy ten “skarb w naczyniach glinianych”, ponieważ nie spadamy z nieba, ale jesteśmy zbudowani z tej samej, grzesznej gliny co wszyscy, łatwo jest rozbijać i kruszyć ludzki wymiar kapłaństwa. Bo jako ludzie, my, kapłani, nie jesteśmy święci, a nasza ważność nie jest z naszego powodu, ale z mandatu Chrystusa, z Jego wspaniałomyślnej decyzji, żeby nas, słabych ludzi uczynić narzędziem przeogromnej łaski i uzdolnić nas do działania “in persona Christi”. A tego ostatniego diabeł ścierpieć nie potrafi! Bitwa o księdza tak naprawdę jest więc bitwą o Boga. Bo niby dlaczego buduje się obraz księży jako wielkich wrogów ludzkości, niby dlaczego robi się z nas największych donosicieli, złodziei i zboczeńców? Przecież każdy, uczciwie myślący i rzetelnie oglądający rzeczywistość człowiek wie doskonale, że my, kapłani nie jesteśmy największym zagrożeniem świata. Bo czy zagrażamy światu nauczając o miłości i przebaczeniu? Czy zagrażamy światu głosząc przykazania i wzywając do wzajemnego szacunku i pokoju? Czy zagrażamy młodym ludziom ucząc ich czystej miłości jako fundamentu do budowania stabilnego rodzinnego domu? Czy odbieramy komuś na siłę pieniądze i wtrącamy do więzienia z niepłacenie na tacę? Komu więc tak naprawdę zagraża dziś kapłan? Może właśnie samemu diabłu i tym, którzy stają po jego stronie.
W Wielkim Poście spotkałem całą masę wspaniałych ludzi, którzy to rozumieją, którzy nie zważają na paniczne krzyki diabła, klękają u kratek konfesjonału, stają w długich orszakach do Komunii Świętej i wiedzą, że gdybyśmy nie mieli kapłanów, nie mielibyśmy Pana!
Dziękuję wszystkim, którzy w bitwie o księdza stają po stronie Boga i widząc czasem wielką grzeszność ludzi wybranych do kapłaństwa, zamiast ciskać w nich kamienie, modlą się za nich, pokutują, z wielką miłością i kulturą przywołują do porządku i nigdy nie zostawiają samych w wielkim dziele głoszenia Ewangelii.
Ks. Andrzej Przybylski
BITWA O KSIĘDZA
Na naszym dawnym budynku seminarium w Krakowie Xawery Dunikowski wyrzeźbił postać kleryka lub młodego księdza z diabłem na plecach. Zapewne chciał, żebyśmy na zawsze pamiętali, że plecy księdza to szczególny cel szatańskich ataków. Stąd pewnie powołanie i dar kapłaństwa staje się dla nas wielką duchową walką.Jako człowiek wybrany do udziału w jedynie świętym kapłaństwie Chrystusa muszę dużo pracować, żeby nie ulec pokusie, żeby nie zdezerterować lub nie okazać się niewiernym.
bitwa_o_ksiedza
Może dobrze byłoby gdyby i świeccy mieli świadomość tych diabelskich ataków na księdza. Z jednej strony po to, żeby zrozumieć, ile kosztuje tego zwykłego człowieka walka o dorastanie do godnego noszenia boskiego daru powołania. Z drugiej strony, żeby mieć świadomość, że od wieków w świecie rozgrywa się również bitwa o księdza. Każdy kapłan powołany jest do tego, żeby stać się narzędziem przepływu Bożej łaski na ludzi i cały świat.
Diabeł wie, że jeśli zabrudzi kapłana to sprawi, że zabrudzą się wody z boskiego źródła łaski. Z tego powodu uruchamia on całą machinę antyklerykalnych działań. A ponieważ nosimy ten “skarb w naczyniach glinianych”, ponieważ nie spadamy z nieba, ale jesteśmy zbudowani z tej samej, grzesznej gliny co wszyscy, łatwo jest rozbijać i kruszyć ludzki wymiar kapłaństwa. Bo jako ludzie, my, kapłani, nie jesteśmy święci, a nasza ważność nie jest z naszego powodu, ale z mandatu Chrystusa, z Jego wspaniałomyślnej decyzji, żeby nas, słabych ludzi uczynić narzędziem przeogromnej łaski i uzdolnić nas do działania “in persona Christi”. A tego ostatniego diabeł ścierpieć nie potrafi! Bitwa o księdza tak naprawdę jest więc bitwą o Boga. Bo niby dlaczego buduje się obraz księży jako wielkich wrogów ludzkości, niby dlaczego robi się z nas największych donosicieli, złodziei i zboczeńców? Przecież każdy, uczciwie myślący i rzetelnie oglądający rzeczywistość człowiek wie doskonale, że my, kapłani nie jesteśmy największym zagrożeniem świata. Bo czy zagrażamy światu nauczając o miłości i przebaczeniu? Czy zagrażamy światu głosząc przykazania i wzywając do wzajemnego szacunku i pokoju? Czy zagrażamy młodym ludziom ucząc ich czystej miłości jako fundamentu do budowania stabilnego rodzinnego domu? Czy odbieramy komuś na siłę pieniądze i wtrącamy do więzienia z niepłacenie na tacę? Komu więc tak naprawdę zagraża dziś kapłan? Może właśnie samemu diabłu i tym, którzy stają po jego stronie.
W Wielkim Poście spotkałem całą masę wspaniałych ludzi, którzy to rozumieją, którzy nie zważają na paniczne krzyki diabła, klękają u kratek konfesjonału, stają w długich orszakach do Komunii Świętej i wiedzą, że gdybyśmy nie mieli kapłanów, nie mielibyśmy Pana!
Dziękuję wszystkim, którzy w bitwie o księdza stają po stronie Boga i widząc czasem wielką grzeszność ludzi wybranych do kapłaństwa, zamiast ciskać w nich kamienie, modlą się za nich, pokutują, z wielką miłością i kulturą przywołują do porządku i nigdy nie zostawiają samych w wielkim dziele głoszenia Ewangelii.
wtorek, 12 października 2010
Zebrali 7 tys. zł dla chorego Damiana
7.100 złotych uzbierano podczas charytatywnego koncertu na rzecz Damiana Potocznego z Kandyt, koło Górowa Iławeckiego. Półroczny chłopiec urodził się z ciężkim porażeniem splotu ramiennego.
Nie rusza ręką, a przywrócenie chociaż częściowej sprawności jest możliwe tylko dzięki operacji. Mieszkańcy Kandyt udowodnili, że mają wielkie serca. Damian wraz z mamą przebywają w szpitalu w Dziekanowie Leśnym. Za 2 tygodnie przejdzie operację przeszczepienia nerwów w Górnośląskim Szpitalu Dziecięcym. Po operacji czeka go długotrwała rehabilitacja.
Radio Olsztyn
Nie rusza ręką, a przywrócenie chociaż częściowej sprawności jest możliwe tylko dzięki operacji. Mieszkańcy Kandyt udowodnili, że mają wielkie serca. Damian wraz z mamą przebywają w szpitalu w Dziekanowie Leśnym. Za 2 tygodnie przejdzie operację przeszczepienia nerwów w Górnośląskim Szpitalu Dziecięcym. Po operacji czeka go długotrwała rehabilitacja.
Radio Olsztyn
poniedziałek, 11 października 2010
Radio Olsztyn o zbiórce w Kandytach

Zebrano ponad 2 tysiące, ale będzie więcej
Ponad 2 tysiące 300 złotych udało się zebrać w czasie licytacji na rehabilitację Damiana Potocznego z Kandyt. Jak zapewniają organizatorzy aukcji nie jest to jeszcze końcowy wynik zbiórki. Półroczny chłopiec urodził się z ciężkim porażeniem splotu ramiennego.
W czasie imprezy w Kandytach prowadzona była loteria i zbierane datki. Obecna na licytacji babcia Damiana nie kryła wzruszenia. Półroczny chłopiec nie rusza ręką, a przywrócenie chociaż częściowej sprawności byłoby możliwe tylko dzięki operacji. Obecnie Damian wraz z mamą jest w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym, gdzie poddawany jest zabiegom. Za 2 tygodnie przejdzie operację przeszczepienia nerwów w Górnośląskim Szpitalu Dziecięcym. Po operacji czeka go dalsza, długotrwała rehabilitacja. Prace na niedzielną aukcję podarowali min. niepełnosprawni z ośrodka „Centrum Barka" w Górowie Iławeckim.
Słuchacze radia, którzy chcą się przyłączyć do akcji, mogą wpłacać na konto -
FUNDACJA SPLOTU RAMIENNEGO
ul. Marii Konopnickiej 1/189 Dziekanów Leśny, 05-092 Łomianki,
tel. 22-751-24-16
KRS 0000142952 ING BANK ŚLĄSKI O/ KRUCZA 51 , 00-022 WARSZAWA
nr Konta 97 1050 1025 1000 0022 3887 9981 z dopiskiem "darowizna na leczenie i rehabilitację Damianka Potocznego"
http://www.ro.com.pl/aktualnosci/tresc/8976/Zebrano_ponad_2_tysiace_ale_bedzie_wiecej/
To już się odbyło

Święto pieczonego ziemniaka w Kandytach odbyło się 10 października 2010. Umieszczam informację o tym święcie. Dochód z imprezy był przeznaczony jest na leczenie Damiana.
Brawo KANDYTY i dziękuję z całego serca.
Damian czeka na twoją pomoc
10 października w Kandytach odbędzie się "Święto Pieczonego Ziemniaka", w czasie którego zbierane będą fundusze na rehabilitację Damianka.
"Święto Pieczonego Ziemniaka", w czasie którego zbierane będą fundusze na rehabilitację Damianka.
Autor: Organizatorzy
Chłopiec urodził się w kwietniu tego roku z ciężkim porażeniem splotu ramiennego. Nie rusza rączką, a przywrócenie chociaż częściowej sprawności będzie możliwe tylko dzięki operacji polegającej na przeszczepieniu nerwów oraz długotrwałej rehabilitacji.
Obecnie Damian wraz z mamą przebywa w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym, gdzie poddawany jest zabiegom, a 21 października przejdzie operację przeszczepienia nerwów w Górnośląskim Szpitalu Dziecięcym. Po operacji czeka go dalsza, długotrwała rehabilitacja.
Organizatorzy: Urząd Gminy Górowo Iławeckie, Gminny Ośrodek Kultury, Koło Gospodyń Wiejskich z Kandyt, Zespół Szkół z Kandyt oraz Stowarzyszenie "Nasza Wieś - nasza Przyszłość" serdecznie zapraszają do udziału.
Dlatego też mamy odwagę zwrócić się do PAŃSTWA o pomoc dla Damianka. Aby wspomóc nasze wysiłki prosimy o przekazywanie środków za pośrednictwem Organizacji Pożytku Publicznego:
Rodzice Dorota Mirosław Potoczny
Tel. 724–510-151
E-mail; merauder11@wp.pl
FUNDACJA SPLOTU RAMIENNEGO
Ul. Marii Konopnickiej 1 / 189 Dziekanów Leśny
05-092 Łomianki
Tel. 22-751-24-16
KRS 0000142952
ING BANK ŚLĄSKI O/ KRUCZA 51 ,00-022 WARSZAWA
Nr Konta 97 1050 1025 1000 0022 3887 9981
Tytułem "darowizna na leczenie i rehabilitację Damianka Potocznego"
Organizatorzy
http://kandyty.wm.pl/20469,Damian-czeka-na-twoja-pomoc.html
środa, 6 października 2010
Realny obraz księdza
Co prawda tytuł artykułu sugeruje alkoholizm wśród duchowieństwa, to jednak o piciu księży tam jest niewiele. Pan dr Długołęcki zwrócił uwagę na jeden bardzo ważny fakt, a mianowicie "Dziś duchowni pracują w szkołach, prowadzą zajęcia w różnych organizacjach, prowadzą inwestycje w imieniu parafii. To bardzo zapracowani i zestresowani ludzie." Polecam artykuł nie ze względu na alkoholizm, a na dosyć realny obraz księdza.
Dlaczego księża piją?
Coraz częściej słyszymy w mediach o księżach, którzy nadużywają alkoholu. Specjaliści twierdzą, że chociaż nie mają dostępu do statystyk i nie wiedzą dokładnie ilu księży walczy z nałogiem, to można powiedzieć, iż duchowni są w grupie podwyższonego ryzyka. Rozmawiamy o tym z psychologiem dr Jakubem Długołęckim, który pomaga m.in. osobom uzależnionym od alkoholu, narkotyków, hazardu.
- Czy możemy mówić o problemie alkoholowym wśród księży?
- Nie użyłbym takiego sformułowania. Nie znam statystyk, nie wiem ilu księży się leczy, ilu boryka się z nałogiem na własną rękę. Ale niewątpliwie księża są w grupie podwyższonego ryzyka. Dowiedziono, że kłopot z alkoholem mają najczęściej pracownicy, którzy obcują ludźmi, wysłuchują ich problemów, muszą radzić sobie z ich emocjami. Ci pracownicy często mówią, że problemy innych wsiąkają w nich jak woda w gąbkę. Na czele listy pracowników, walczących z alkoholizmem są więc dziennikarze, lekarze, menedżerowie odpowiedzialni za kontakty z klientami. Również kłopoty alkoholowe mają pracownicy socjalni. Niewątpliwie księża wysłuchują problemów swoich parafian. Mogą więc starać się szukać metody na zdystansowanie właśnie w alkoholu. To nie są jacyś nadludzie. Mają takie same słabości jak każdy z nas.
- Często uzależniają się osoby pracujące w stresie. Menedżerowie mówią na przykład, że po dniu pracy nie są w stanie zasnąć, są tak rozdygotani. Relaksują się dopiero, gdy wychylą kilka kieliszków. Księża chyba się nie stresują?
- Pamiętajmy, że są różne rodzaje stresu. Różne są powody stresu. Ten, o którym pan mówi związany jest z pośpiechem, z tym że trzeba sfinalizować jakiś projekt w określonym terminie. Ale ludzie stresują się też, gdy muszą występować publicznie. Powodem stresu może być bezsilność. Nie jesteśmy w stanie czego zrobić i bardzo się denerwujemy z tego powodu. Każdy stresuje się innych powodów. Dziś duchowni pracują w szkołach, prowadzą zajęcia w różnych organizacjach, prowadzą inwestycje w imieniu parafii. To bardzo zapracowani i zestresowani ludzie. To moje zdanie, ale wydaje mi się, że dziś ksiądz, który spędza całe dnie wyłącznie na kontemplacji, należy do rzadkości.
- Czy sądzi pan, że księża należą do grupy podwyższonego ryzyka, bo piją wino w czasie Mszy Świętej? Można wysnuć taką tezę?
- Nie wydaje mi się. To są jednak niewielkie ilości.
- Niektórzy wskazują na to, że parafianie często zapraszają duchownych do domu lub na różne uroczystości rodzinne – na wesela, urodziny, chrzciny. I tam częstują gościa czymś mocniejszym. Może księża za dużo „bywają”?
- Również nie powiedziałbym, że to może być stuprocentowy powód. Wszyscy chodzimy na jakieś uroczystości, imprezy i tam pijemy alkohol, ale nie zostajemy automatycznie alkoholikami. Nie każda osoba, która alkohol spożywa często, wpada w nałóg. Na przykład ja przed snem piję lampkę winą dla przyjemności, ale nie jestem nałogowym alkoholikiem. W nałóg wpadają ci, którzy bez alkoholu nie potrafią żyć. Nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez alkoholu. Dla tych ludzi, alkohol jest ucieczką od problemów. Sposobem na odreagowanie. Z alkoholizmem zawsze łącza się jakieś kłopoty emocjonalne.
- A samotność? Księża nie mają przecież rodzin, sami borykają się z codziennością. Na przykład menedżerki, które osiągnęły tak zwany sukces, piastują stanowiska kierownicze, ale nie mają rodziny, przyjaciół; bywają alkoholiczkami.
- Tak, to jak najbardziej może być powód. Zresztą nie tylko samotne kobiety walczą z alkoholizmem. Również mężczyźni, którzy całe swoje życie prywatne poświęcili pracy i nagle stwierdzili, że są sami i nie bardzo mają z kim porozmawiać, sięgają po alkohol, by poczuć się lepiej, by tę samotność jakoś zabić.
- Pijący menedżer czy robotnik fizyczny jakoś nas szczególnie nie dziwi. Ale pijący ksiądz bulwersuje. Tacy duchowni nie mają łatwego życia.
- Nie mają. Wytyka im się, że działają nieetycznie, że grzeszą. Parafianie postulują, by przenieść takiego kapłana do innej parafii. Gdy tymczasem robotnikowi pijaństwo jesteśmy w stanie wybaczyć. Pamiętajmy, że praca lub jak często mówimy - powołanie duchownego, to ciężka droga. Takim ludziom trzeba pomóc. Wesprzeć ich. Jeśli leczą się, to w żadnym wypadku nie powinnyśmy ich piętnować. Księża – alkoholicy leczą się w świeckich ośrodkach. Ale działają też w Polsce specjalne palcówki dla duchownych. Niektórzy księża leczą się, chodzą na terapię i jednocześnie wykonują wszystkie swoje obowiązki w parafii.
- Zna pan jakiegoś duchownego – alkoholika?
- Tak. Leczył się w naszym ośrodku. Przyjechał na terapię z drugiego końca Polski. Bał się, że ktoś się dowie, że straci wiarygodność w parafii. Biskup pozwolił mu, by w czasie Mszy Świętej pił sok z winogron, w którym nie ma alkoholu. Bardzo zaimponował mi ten ksiądz. Było mu ciężko, bo nie miał grupy wsparcia, ale radził sobie doskonale.
Rozmawiał Krzysztof Winnicki
Wirtualna Polska. (wp.pl)
Dlaczego księża piją?
Coraz częściej słyszymy w mediach o księżach, którzy nadużywają alkoholu. Specjaliści twierdzą, że chociaż nie mają dostępu do statystyk i nie wiedzą dokładnie ilu księży walczy z nałogiem, to można powiedzieć, iż duchowni są w grupie podwyższonego ryzyka. Rozmawiamy o tym z psychologiem dr Jakubem Długołęckim, który pomaga m.in. osobom uzależnionym od alkoholu, narkotyków, hazardu.
- Czy możemy mówić o problemie alkoholowym wśród księży?
- Nie użyłbym takiego sformułowania. Nie znam statystyk, nie wiem ilu księży się leczy, ilu boryka się z nałogiem na własną rękę. Ale niewątpliwie księża są w grupie podwyższonego ryzyka. Dowiedziono, że kłopot z alkoholem mają najczęściej pracownicy, którzy obcują ludźmi, wysłuchują ich problemów, muszą radzić sobie z ich emocjami. Ci pracownicy często mówią, że problemy innych wsiąkają w nich jak woda w gąbkę. Na czele listy pracowników, walczących z alkoholizmem są więc dziennikarze, lekarze, menedżerowie odpowiedzialni za kontakty z klientami. Również kłopoty alkoholowe mają pracownicy socjalni. Niewątpliwie księża wysłuchują problemów swoich parafian. Mogą więc starać się szukać metody na zdystansowanie właśnie w alkoholu. To nie są jacyś nadludzie. Mają takie same słabości jak każdy z nas.
- Często uzależniają się osoby pracujące w stresie. Menedżerowie mówią na przykład, że po dniu pracy nie są w stanie zasnąć, są tak rozdygotani. Relaksują się dopiero, gdy wychylą kilka kieliszków. Księża chyba się nie stresują?
- Pamiętajmy, że są różne rodzaje stresu. Różne są powody stresu. Ten, o którym pan mówi związany jest z pośpiechem, z tym że trzeba sfinalizować jakiś projekt w określonym terminie. Ale ludzie stresują się też, gdy muszą występować publicznie. Powodem stresu może być bezsilność. Nie jesteśmy w stanie czego zrobić i bardzo się denerwujemy z tego powodu. Każdy stresuje się innych powodów. Dziś duchowni pracują w szkołach, prowadzą zajęcia w różnych organizacjach, prowadzą inwestycje w imieniu parafii. To bardzo zapracowani i zestresowani ludzie. To moje zdanie, ale wydaje mi się, że dziś ksiądz, który spędza całe dnie wyłącznie na kontemplacji, należy do rzadkości.
- Czy sądzi pan, że księża należą do grupy podwyższonego ryzyka, bo piją wino w czasie Mszy Świętej? Można wysnuć taką tezę?
- Nie wydaje mi się. To są jednak niewielkie ilości.
- Niektórzy wskazują na to, że parafianie często zapraszają duchownych do domu lub na różne uroczystości rodzinne – na wesela, urodziny, chrzciny. I tam częstują gościa czymś mocniejszym. Może księża za dużo „bywają”?
- Również nie powiedziałbym, że to może być stuprocentowy powód. Wszyscy chodzimy na jakieś uroczystości, imprezy i tam pijemy alkohol, ale nie zostajemy automatycznie alkoholikami. Nie każda osoba, która alkohol spożywa często, wpada w nałóg. Na przykład ja przed snem piję lampkę winą dla przyjemności, ale nie jestem nałogowym alkoholikiem. W nałóg wpadają ci, którzy bez alkoholu nie potrafią żyć. Nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez alkoholu. Dla tych ludzi, alkohol jest ucieczką od problemów. Sposobem na odreagowanie. Z alkoholizmem zawsze łącza się jakieś kłopoty emocjonalne.
- A samotność? Księża nie mają przecież rodzin, sami borykają się z codziennością. Na przykład menedżerki, które osiągnęły tak zwany sukces, piastują stanowiska kierownicze, ale nie mają rodziny, przyjaciół; bywają alkoholiczkami.
- Tak, to jak najbardziej może być powód. Zresztą nie tylko samotne kobiety walczą z alkoholizmem. Również mężczyźni, którzy całe swoje życie prywatne poświęcili pracy i nagle stwierdzili, że są sami i nie bardzo mają z kim porozmawiać, sięgają po alkohol, by poczuć się lepiej, by tę samotność jakoś zabić.
- Pijący menedżer czy robotnik fizyczny jakoś nas szczególnie nie dziwi. Ale pijący ksiądz bulwersuje. Tacy duchowni nie mają łatwego życia.
- Nie mają. Wytyka im się, że działają nieetycznie, że grzeszą. Parafianie postulują, by przenieść takiego kapłana do innej parafii. Gdy tymczasem robotnikowi pijaństwo jesteśmy w stanie wybaczyć. Pamiętajmy, że praca lub jak często mówimy - powołanie duchownego, to ciężka droga. Takim ludziom trzeba pomóc. Wesprzeć ich. Jeśli leczą się, to w żadnym wypadku nie powinnyśmy ich piętnować. Księża – alkoholicy leczą się w świeckich ośrodkach. Ale działają też w Polsce specjalne palcówki dla duchownych. Niektórzy księża leczą się, chodzą na terapię i jednocześnie wykonują wszystkie swoje obowiązki w parafii.
- Zna pan jakiegoś duchownego – alkoholika?
- Tak. Leczył się w naszym ośrodku. Przyjechał na terapię z drugiego końca Polski. Bał się, że ktoś się dowie, że straci wiarygodność w parafii. Biskup pozwolił mu, by w czasie Mszy Świętej pił sok z winogron, w którym nie ma alkoholu. Bardzo zaimponował mi ten ksiądz. Było mu ciężko, bo nie miał grupy wsparcia, ale radził sobie doskonale.
Rozmawiał Krzysztof Winnicki
Wirtualna Polska. (wp.pl)
sobota, 2 października 2010
Operacja Damiana
Pod koniec sierpnia 2010 r. apelowaliśmy na naszej stronie o pomoc dla Damiana. Dzięki życzliwości wielu ludzi do dnia dzisiejszego na koncie Damiana znajduję się już ok 3 000,00 zł. Serdecznie za okazaną pomoc dziękujemy. W najbliższym czasie Damian wyrusza w kolejną drogę, aby powalczyć o swoją rączkę. Turnus rehabilitacyjny w Dziekanowie Leśnym k. Łomianek rozpoczyna 30 września a zakończy go 14 października. Jednocześnie jest to turnus bezpośredniego przygotowania do operacji, którą zaplanowano na 21 października br. w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Przeprowadzi ją dr Jerzy Luszawski specjalizujący się w dziedzinie porażenia splotu ramiennego. Dzięki zaangażowaniu wielu ludzi uruchomiono takze specjalny serwis internetowy Damiana Strona internetowa Damianka Potocznego. Na stronie między innymi galeria zdjęć, historia choroby, wiele informacji o uszkodzeniu jakiego doznał Damian, oraz jak można pomóc. Zapraszamy do odwiedziń i szczere Bóg zapłać za każdą okazaną pomoc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

